Zakynthos last minute.

Zakynthos to kolejna z greckich wysp (po Thassos), którą zdecydowaliśmy się odwiedzić.  Ponieważ do końca nie wiedzieliśmy, czy uda nam się polecieć, skorzystaliśmy z oferty last minute z Itaki.

Pod względem krajobrazu i ukształtowania terenu obie wyspy są do siebie bardzo podobne. Z tą różnicą, że Zakynthos ma własne lotnisko, a sama wysepka jest nieco większa i stanowi część tzw. Wyspach Jońskich. Można było to zdecydowanie odczuć po chłodniejszym klimacie. Byliśmy tam w drugiej połowie maja i tak naprawdę spodziewałam się o wiele wyższych temperatur. Dodatkowo przy plażach jest dość wietrznie, a wieczory przy barze basenowym wymagają przynajmniej cieplejszego swetra.

Na pobyt wybraliśmy Hotel Pelagos Zante, położony na wschodniej części wybrzeża. Niecałe 3 km od turystycznej miejscowości Tsilivi. Celowo wybraliśmy mniejszą miejscowość – cenimy sobie ciszę i spokój. Mieliśmy tę „przyjemność” być dopiero drugim turnusem, który odwiedził hotel. Otwarcie nastąpiło tydzień przed naszym przylotem. Spodziewaliśmy się wielu niedociągnięć, jednak świadomie wybraliśmy nowy hotel – głównie ze względu na czystość i jego ładne położenie. Nie było tak źle, hotel okazał się bardzo przyjemny, pokoje ładne i przestronne, a jedzenie całkiem smaczne. Co prawda restauracja okazała się malutka, z miejscami głównie na zewnątrz, a często też brakowało miejsc w najbardziej obleganych godzinach posiłków, ale za to widok z restauracji wynagradzał wszystko.  Widoki z basenu, pokoju oraz w okolicy hotelu również zaspokoiły nasze wymagania. Jedynym minusem był brak obiecywanej w folderze piaszczystej plaży z leżakami. Ampoula beach to wąski pas raczej kamienistej plaży, za to pięknie położonej.

  

Tym razem postanowiliśmy bardziej odpocząć i przeznaczyliśmy na zwiedzanie wyspy dwa dni. Jeden na wykupiony u rezydenta rejs dookoła wyspy, a drugi na objechanie wyspy wypożyczonym autem. Po drugiej wyprawie na greckie wyspy zdecydowanie jestem w stanie potwierdzić, że za nic nie opłaca się kupowanie czegokolwiek w biurze podróży, u rezydenta, czy nawet w hotelu. Za rejs statkiem bez wyżywienia zapłaciliśmy 68 euro. Zdecydowanie bardziej opłaca się wykupić wycieczki w miejscowym biurze Zante Magic Tours lub po prostu wynająć auto i potem łódkę z przewodnikiem w jednym z mniejszych portów. Podobnie rzecz ma się z wypożyczeniem auta. W hotelu za jeden dzień zaśpiewali nam zawrotną kwotę prawie 100 euro. My tymczasem trafiliśmy na małą, rodzinną wypożyczalnię, dosłownie 500 metrów od hotelu: Caretta Rentals. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi klientami w sezonie i z tej okazji dostaliśmy nawet zniżkę.  Za Smarta ( w zupełności wystarczył, nawet na nieco trudniejsze drogi) na cały dzień z pełnym ubezpieczeniem zapłaciliśmy 30 euro. W sezonie zapewne jest nieco drożej, ale biuro ma naprawdę sympatyczną obsługę i konkurencyjne ceny.

Rejs statkiem niestety dla mnie okazał się zupełnie nietrafiony. Podczas gdy na Thassos była to czysta przyjemność, delikatne fale, piękne widoki i snoorkowanie w ciepłej wodzie, to tutaj były to pieniądze wyrzucone w błoto. Trafilismy na paskudną pogodę. Wiało niemiłosiernie, do tego było strasznie zimno. Dobrze, że zabrałam ze sobą bluzę i chustę. Statek był o wiele większy niż ten z poprzedniego rejsu i rzucało nim na wszystkie strony.  W efekcie ponad połowa zgromadzonych turystów leżała opatulona na ławkach i umierała z powodu choroby morskiej. Atrakcje pamiętam średnio, gdyż większość podróży przespałam albo było mi niedobrze. Zdecydowanie polecam wynająć jakąś małą łódeczkę i kameralnie zwiedzić wszystkie atrakcje.

Popłynęliśmy do plaży Navagio – Zatoka wraku to plaża, która jest nie tylko wizytówką wyspy, ale i całej Grecji. Uważa się ją za jedną z najpiękniejszych plaż świata. Ponieważ pogoda nie pozwalała, nie dobiliśmy do plaży, więc podziwialiśmy ją z daleka. Znajdujący się na niej wrak statku to rzekomo stary statek przemytników. Można go zobaczyć nie tylko z morza, ale także z góry, gdzie na jednym z klifów znajduje się punkt widokowy. Widok z góry (umieszczony jako tytułowe zdjęcie wpisu) jest rzeczywiście spektakularny. Drugim miejscem dostępnym tylko od strony morza są tzw. Błękitne groty – przepiękne jaskinie wydrążone w skałach, z lazurową wodą. I tutaj kolejny raz duży statek nie zdał egzaminu – jedynie małą łódką można wpłynąć do środka i  podziwiać naturę.

 

 

 

 

 

Po drodze wpłynęliśmy też do zatoki Xigia. Plaża słynie ze złóż siarki, które znajdują się pod wodą. Specyficzny zapach, kojarzący się ze zgniłymi jajami, unosi się nad zatoką, a wody mają charakter leczniczy i podobno ujędrniający ;). Woda jednak była tak lodowata, że mało kto odważył się do niej wejść.

Zdecydowanie lepiej udała się wycieczka lądem. Objechaliśmy praktycznie całą wyspę w jeden dzień, zatrzymując się w co ciekawszych miejscach. Na początek wybraliśmy się do miejscowości Agios Sostis. Jest to miejscowość położona niedaleko Laganas. Słynie z małej wysepki: Cameo Island, do której prowadzi drewniany most. Po wejściu po schodkach na wysepkę pobierana jest opłata w wysokości 4 euro (w tym bezpłatny drink). Na górze znajdują się bary, odbywają się podobno także dyskoteki oraz np. wesela. Podobno…dlatego, że kolejny raz mieliśmy pecha i akurat tego dnia wejście na wysepkę było nieczynne.

Ale pojechaliśmy też w to miejsce z zamiarem zobaczenia żółwi Careta Careta. Na Zakynthos znajdują się jedyne w Grecji miejsca lęgowe. Najwięcej żółwi można własnie spotkać przy plaży Laganas. Plaża Gerakas – na krańcu wyspy jest jedynie miejscem wylęgu i można tam w sezonie lęgowym obejrzeć jaja żółwi. Gerakas jest całkowicie obszarem chronionym. Ponieważ nas interesowały pływające żółwie, do Gerakas już nie dotarliśmy (ale podobno warto). W niewielkim porcie wynajęliśmy małą motorówkę  z lokalnym sternikiem i przez godzinę mieliśmy żółwie „tylko dla siebie”. Okazało się, że są tylko trzy sztuki, bo to jeszcze nie sezon.  Pod koniec naszej wyprawy przypłynął wielki statek organizatora wycieczek i tak naprawdę zrobiło mi się żal tych biednych stworzeń, za którymi goniły w kółko statki i hałaśliwi turyści.

Z portu pojechaliśmy  na półwysep Keri, na punkt widokowy. Po drodze mija się wielką, grecką flagę, która wpisana do księgi rekordów guinness-a jako największa grecka flaga narodowa. Warto również wejść na pomost widokowy z widokiem na dwie  skały wynurzające się z głębin morskich – małą i dużą Mizithrę.

W dalszej drodze zgłodnieliśmy i postanowiliśmy zatrzymać się w Kampi – przeczytałam świetne opinie o tamtejszej tawernie – Stauros lub Cross Tavern (obie nazwy funkcjonują). Jest to tawerna z fantastycznym widokiem, położona na samym szczycie klifu. Niestety muszę przyznać, że jedzenie nie dorównało temu z Thassos. Zamówiona przez męża jagnięcina nie porywała smakiem, podobnie jak moja grillowana ośmiornica. Być może ze względu na początek sezonu i mało turystów, albo po prostu mieliśmy zbyt wygórowane oczekiwania.  Ale za to miejsce cudowne.

 

 

 

 

 

Kolejnym przystankiem był punkt widokowy na zatokę wraku. Znajduje się w północno-zachodniej części wyspy. Po drodze zatrzymaliśmy się w malowniczej miejscowości Anafornitria. Jest to małe miasteczko, słynące z najstarszego na wyspie monastyru – będącego niegdyś siedzibą Dionizosa. Ja głównie zapamiętałam tę miejscowość z przydrożnych straganów, zapełnionych lokalnymi przysmakami i wyrobami. Przez przemiłe małżeństwo zostaliśmy poczęstowani winem domowej roboty, serem z miejscowego wyrobu, miodem i nawet nie pamiętam czym jeszcze :). Obkupiliśmy się tam niemiłosiernie, chociaż przyznaję, że nieco przepłaciliśmy, gdyż przy samym punkcie widokowym stoi mnóstwo kolejnych straganów, gdzie dostaliśmy bimber z pomarańczy, miód i miejscową oliwę, wszystko za jedyne 10 euro.

Na oparach paliwa dojechaliśmy do malowniczego portu Agios Nikolaos (przez ponad 40 km nie było żadnej stacji benzynowej!!). Stamtąd można wynająć łódki aby zobaczyć Błękitne Groty czy zatokę wraku. Poza tym jest tam niewielka, piaszczysta plaża i oczywiście piękne widoki.

Po powrocie do hotelu i odpoczynku, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze chęci, żeby pod wieczór wybrać się na zwiedzenie stolicy wyspy – Zakynthos. Jest to całkiem przyjemne miasteczko, z pięknym portem, promenadą do spacerów, mnóstwem sklepików, knajpek, tętniące życiem po południu i wieczorami.

Znaleźliśmy tam poleconą nam knajpkę Yard of Taste, prowadzoną przez przesympatyczną  właścicielkę. Wystrój powalił nas na kolana, fantastyczne, ciepłe miejsce. Po całodziennym objadaniu się, zdecydowaliśmy się jedynie na piwo i przekąskę – smażoną, panierowaną fetę z konfiturami z pomidorów. Ale z całego serca polecam, było bardzo smacznie, choć miejsce już z wyższej cenowo półki.

Ostatecznie najlepszym posiłkiem okazał się zwykła sałatka grecka i gyros w picie, zjedzone za 5 euro w tawernie Ampoula Beach przy hotelu. Z pięknym widokiem, smacznie, tanio i niedaleko :).

Kotów na wyspie nie spotkaliśmy, za to wszechobecne okazały się…kozy :)).

Porównując obie wyspy – widoki i krajobraz chyba jednak piękniejsze na Zakynthos. Położenie hotelu, okolica i sama wyspa również. Za to kulinarnie jednak niedoścignione pozostaje Thassos.

Smacznego.

A.

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedinmail